Niezgoda

Na moje nalegania, że przecież nie może zostać sam, odpowiedział:

‑ Nie jestem sam.

Dało mi to na długo do myślenia. Być samem, a czuć się samotnym to może zupełnie co innego? Przecież bywa, że człowiek ma zonę, dzieci, wnuki, przyjaciół, a czuje się samotny. Może samotność sami sobie zadajemy jako niezgodę na świat, w którym przyszło nam żyć? Może jej źródło kryje się w naszej bezbronności wobec tego świata? A może wobec naszego losu, na który nie mamy wpływu?

W. Myśliwski: Ucho Igielne

Reklamy

Z pamiętnika rowerzysty LXXXVI

pedal party

Na Pasażu Wiecha dyskretnie we wnęce na kilku kartonach wyklejona gazetka pewnej mniejszości seksualnej. Zainteresował mnie „wątek rowerowy”, który tu Państwu ilustruję… Kogoś znajomego przypomina mi ta rowerzystka… A może mi się tylko wydaje?

Socyologia nasza codzienna CXIII

W pociągu facet z sąsiedniego siedzenia wrócił po długiej nieobecności śmierdząc papierosami. Zabieram książkę. Chyba zobaczył tytuł – Noce i dnie.
– A to nie lepiej film obejrzeć?
– Nie.
I tu opowiadam mu starego suchara o dwóch kozach które żuły błonę filmową i o tym, że jedna stwierdziła, że książka była lepsza. No i dodaję niezbyt precyzyjnie:
– No i film był zakłamany. (Chodziło mi, że nieprecyzyjny – nieszczęsny Tolibowski w książce nie jest aż tak eksploatowany jak w filmie, inna sprawa jak oddać w filmie ciągłe wahania Barbary Niechcic? ).
Facet z pełnym przekonaniem na to:
– Cały świat jest zakłamany.
Nie podejmuję tego wątku i zapada tzw. niezręczne milczenie. Pozostali pasażerowie, którzy podnieśli wzrok znad swoich komórek i laptopa (panna z mojej prawej nawet słuchawki z uszka uchyliła) licząc na intelektualny spór literacko-filmoznawczo-filozoficzny znów go opuścili leniwie na ekrany, a ja w zaistniałej sytuacji tym bardziej wsadziłem nos w książkę. Facet cała drogę gapił się nawet nie za okno, tylko na siedzącego naprzeciwko studenta.

Niechcący fragment trochę na Wszystkich Świętych się przeczytało…

Dolina wznosi się teraz bardziej stromo. Wiatr się wzmaga. Groźne, czarno-białe urwisko Kajlas migoczą blisko. W wielu kulturach góry są synonimem śmierci. Według indyjskiego mitu Jama, pierwszy człowiek, który umarł, wspiął się na górę ponad „wysokimi przełęczami” i wskazał drogę. Wysoko nade mną, uwolniony przez topniejącą śnieżną półkę, skowany w lodzie strumień ożywa i płynie, iskrząc się, w dół zbocza. Zastanawiam się, jak to jest umrzeć tutaj. Niektórzy buddyści twierdzą, że jeśli obchód nie zostanie ukończony, to zasługi zostają anulowane, jak gdyby schodzenie w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara równało się cofaniu w czasie. Jednak Hindusi, obmyci wodą z jeziora czują się oczyszczeni. Na drodze przede mną nie ma nikogo, kogo mógłbym o to zapytać. Kiedy ostatni pielgrzym niknie mi z oczu w blasku Kajlas, wierzenia wielu ludów – od starożytnego Egiptu po australijskich Aborygenów – uderzają swoją naturalnością. Droga przez góry jest drogą zmarłych. Asyryjskie słowo „umierać” znaczy „chwytać się góry”. Wiele ludów ałtajskich wyobraża sobie, że ich dusze odchodzą na mistyczny górski grzbiet. W Japonii tradycyjny kondukt pogrzebowy do dziś wyrusza z okrzykiem: Yamaguki!, „Ruszamy w górę!”.

Colin Thubron: Góra w Tybecie. Pielgrzymka na święty szczyt. Przeł. Paweł Lipszyc.

Książki przeczytane (III kwartał 2018 r.)

J. Verne: W osiemdziesiąt dni dookoła świata
S. Fitzek: Terapia
H. Hesse: Wilk stepowy
G. Siwek: Legendarny Robert Fischer
L. Polman: Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci
D. Bronstein: Gra w szachy. Samouczek
J. Pałkiewicz: Terra incognita. Wyprawa do źródeł Amazonki
S. Wiechecki „Wiech”: Bitwa w tramwaju. Opowiadania warszawskie
Wiech: Fatalna czternastka
Ch. Kyle, S. McEwen, J. DeFelice: Cel snajpera. Historia najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach amerykańskiej armii [e tam, nie tylko tytuł przekombinowany]
B. Grąbczewski: Na służbie rosyjskiej [kolejny raz czytam to z otwartą gębą i wywieszonym jęzorem]
Wiech: Czaszka w rondlu
B I. Turow: Żiemczużiny szachmatnowogo tworcziestwa [żiemczużiny eto na polskom perły]
F. Forsyth: Mściciel
P. Wojciechowski: Strych Świata (totalna groteska, Góry Kebabczerskie i nie tylko są ciekawym pomysłem)
J. Summers: Moje życie z psem imieniem George
R. Singer: Adwokat (doobraaa, ten adwokat to św. Pawła broni w tej książce, wcześniej jest prawnikiem niejakiego Piłata)
G. Sosonko: Dawid Siedmoj (o arcymistrzu szachowym Bronsteinie, którego poważam, ciekawa po ludzku historia, jak to przegrana ciągnie się czasem za człowiekiem)
T. Isakowicz-Zaleski: Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej
A. Bahdaj: Wakacje z duchami
Sz. Hołownia, M. Prokop: Wszystko w porządku. Układamy sobie życie
S. Aleksijewicz: Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (znakomita rzecz)
J. N. Długojenskij, W. G. Zak: Ljudzi i szachmaty. Stranicy szachmatnoj istorii Pieterburga – Pietrograda – Lieningrada.
P. Dunin-Wąsowicz: Dzika biblioteka (facet opisuje swojego pozytywnego hopla na punkcie książek na przykładzie swojej biblioteki, czasem zupełnie niszowe i zapomniane pozycje, wbrew pozorom ciekawe)
B. A. Złotnik: Tipowyje pozycji mittelszpila (poradnik seksuologiczny do mittielszpila)
J. Le Carre: Nocny recepcjonista. Cz. 1.

Zapiski schizofrenika CXXXII albo psia policja

Były sobie psy dwa. Ale właścicielce zachciało się przygarnąć trzeciego, schroniskowego, w ramach domu tymczasowego. Pies był po tzw. przejściach, jakieś dzieci znalazły go w lesie, trochę się boczył i zdecydowanie nie lubił facetów (jakiś łobuz musiał mu chyba przylać, no dobrze, niech dziś to klawiatura ma wyzna, ja stary pacyfista bym chętnie temu łobuzowi przylał). Psa powinno się wyprowadzać na smyczy, co zresztą widać było i czuć – wypuszczony na ogród zaszył się jakichś chaszczach i ni hu hu (ewentualnie chu chu). No i wyjeżdża szwagier kolaska samochodem w lekkim niedoczasie, dwa z psów – w tym nasz bohater – łażą sobie luzem. Pan policjant (jeszcze nie wie że zostanie psim policjantem) zamyka bramę za samochodem, ale nasz bohater usłyszawszy dzwon wolności pocwałował jak po torze służewieckim na ulicę przez bramę i pan policjant wtedy dowiedział się, że został policjantem w jednoosobowej grupie pościgowej. Wołanie i cmokanie tudzież truchtanie za psem spowodowały tyle, że pies pognał chyżo w kierunku ruchliwej ulicy (ciężarówki i inne takie tam jeżdżą, jest ok. wpół do trzeciej więc ruch jak jasna cholera)… Pan policjant zamknął bramę, wsiadł na rower i dawaj za psem rajd po mieście. Im szybciej na pedały tym Rączy Jeleń szybciej galopował, a nawet kłusował ile siły fabryka w nogach dała. Zwalniamy, stajemy, jest dobrze, ale jak zbliżamy się do dziada, tzn. psa on czujnie w nogi. Łasi się do kobiet, ale one jakoś słabo reagują na prośby pana policjanta o złapanie czy zwabienie psiego uciekiniera, ba niektóre mają słuchawki w uszach i w ogóle nie reagują (pan policjant przyzwyczajony, że młode kobiety już na niego nie reagują). Jedna nawet już, już i pan policjant zaczął nawet pasek z portek wyciągać, żeby go pomysłowo na smycz przerobić, ale psisko hajda dalej. Rozumieją państwo, że duży facet z paskiem w ręku goniący na rowerze za niedużym psem nie wygląda najlepiej. No i galopujem sobie nawet sentymentalnie, bo i koło liceum pana policjanta, a potem skręcamy sobie koło kościoła romańskiego (czyżby wycieczka histeryczna?). Nie ma czasu na podziwianie zabytków, bo skomplikowane rondo, ufff udało się wyjść obu naszym delikwentom z życiem (dziękujemy kierowcom!). Pan policjant przypomniał sobie z jakiegoś filmu sensacyjnego, że trza śledzić podejrzanego (założyć mu nomen omen ogon) po drugiej stronie ulicy. No ale psisko widocznie też znało te łapsowe chwyty, bo czujnie wypatrzyło gliniarza i po drugiej stronie. Na wyraźne polecenie telefoniczne tymczasowej właścicielki trochę z żalem, trochę z ulgą odstąpiłem od pościgu. W pobliskim warzywniaku błysnąłem legitką i zostawiłem adres gdzie psa mają odprowadzić, gdyby się przybłąkał i pojechałem zmienić służbową koszulę bo pot ciekł mi … tam gdzie nie powinien. A pociąg powrotny do domu miałem za jakieś trzy kwadranse. No i po jakichś 20 minutach  godzinie miła niespodzianka –  uciekinier sam zameldował się pod bramą domu. Nie zrealizowałem mojej wcześniejszej groźby, że przerobię go na karmę dla psów. Trochę miał dziwny wyraz pyska, czyżby się lekko uśmiechał? Nie dał się pogłaskać, rozumiem jego stres, może następnym razem przy jakiejś kiełbasie spróbujemy się zakumplować…