Książki przeczytane (III kwartał 2018 r.)

J. Verne: W osiemdziesiąt dni dookoła świata
S. Fitzek: Terapia
H. Hesse: Wilk stepowy
G. Siwek: Legendarny Robert Fischer
L. Polman: Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci
D. Bronstein: Gra w szachy. Samouczek
J. Pałkiewicz: Terra incognita. Wyprawa do źródeł Amazonki
S. Wiechecki „Wiech”: Bitwa w tramwaju. Opowiadania warszawskie
Wiech: Fatalna czternastka
Ch. Kyle, S. McEwen, J. DeFelice: Cel snajpera. Historia najniebezpieczniejszego snajpera w dziejach amerykańskiej armii [e tam, nie tylko tytuł przekombinowany]
B. Grąbczewski: Na służbie rosyjskiej [kolejny raz czytam to z otwartą gębą i wywieszonym jęzorem]
Wiech: Czaszka w rondlu
B I. Turow: Żiemczużiny szachmatnowogo tworcziestwa [żiemczużiny eto na polskom perły]
F. Forsyth: Mściciel
P. Wojciechowski: Strych Świata (totalna groteska, Góry Kebabczerskie i nie tylko są ciekawym pomysłem)
J. Summers: Moje życie z psem imieniem George
R. Singer: Adwokat (doobraaa, ten adwokat to św. Pawła broni w tej książce, wcześniej jest prawnikiem niejakiego Piłata)
G. Sosonko: Dawid Siedmoj (o arcymistrzu szachowym Bronsteinie, którego poważam, ciekawa po ludzku historia, jak to przegrana ciągnie się czasem za człowiekiem)
T. Isakowicz-Zaleski: Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej
A. Bahdaj: Wakacje z duchami
Sz. Hołownia, M. Prokop: Wszystko w porządku. Układamy sobie życie
S. Aleksijewicz: Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (znakomita rzecz)
J. N. Długojenskij, W. G. Zak: Ljudzi i szachmaty. Stranicy szachmatnoj istorii Pieterburga – Pietrograda – Lieningrada.
P. Dunin-Wąsowicz: Dzika biblioteka (facet opisuje swojego pozytywnego hopla na punkcie książek na przykładzie swojej biblioteki, czasem zupełnie niszowe i zapomniane pozycje, wbrew pozorom ciekawe)
B. A. Złotnik: Tipowyje pozycji mittelszpila (poradnik seksuologiczny do mittielszpila)
J. Le Carre: Nocny recepcjonista. Cz. 1.

Reklamy

Zapiski schizofrenika CXXXII albo psia policja

Były sobie psy dwa. Ale właścicielce zachciało się przygarnąć trzeciego, schroniskowego, w ramach domu tymczasowego. Pies był po tzw. przejściach, jakieś dzieci znalazły go w lesie, trochę się boczył i zdecydowanie nie lubił facetów (jakiś łobuz musiał mu chyba przylać, no dobrze, niech dziś to klawiatura ma wyzna, ja stary pacyfista bym chętnie temu łobuzowi przylał). Psa powinno się wyprowadzać na smyczy, co zresztą widać było i czuć – wypuszczony na ogród zaszył się jakichś chaszczach i ni hu hu (ewentualnie chu chu). No i wyjeżdża szwagier kolaska samochodem w lekkim niedoczasie, dwa z psów – w tym nasz bohater – łażą sobie luzem. Pan policjant (jeszcze nie wie że zostanie psim policjantem) zamyka bramę za samochodem, ale nasz bohater usłyszawszy dzwon wolności pocwałował jak po torze służewieckim na ulicę przez bramę i pan policjant wtedy dowiedział się, że został policjantem w jednoosobowej grupie pościgowej. Wołanie i cmokanie tudzież truchtanie za psem spowodowały tyle, że pies pognał chyżo w kierunku ruchliwej ulicy (ciężarówki i inne takie tam jeżdżą, jest ok. wpół do trzeciej więc ruch jak jasna cholera)… Pan policjant zamknął bramę, wsiadł na rower i dawaj za psem rajd po mieście. Im szybciej na pedały tym Rączy Jeleń szybciej galopował, a nawet kłusował ile siły fabryka w nogach dała. Zwalniamy, stajemy, jest dobrze, ale jak zbliżamy się do dziada, tzn. psa on czujnie w nogi. Łasi się do kobiet, ale one jakoś słabo reagują na prośby pana policjanta o złapanie czy zwabienie psiego uciekiniera, ba niektóre mają słuchawki w uszach i w ogóle nie reagują (pan policjant przyzwyczajony, że młode kobiety już na niego nie reagują). Jedna nawet już, już i pan policjant zaczął nawet pasek z portek wyciągać, żeby go pomysłowo na smycz przerobić, ale psisko hajda dalej. Rozumieją państwo, że duży facet z paskiem w ręku goniący na rowerze za niedużym psem nie wygląda najlepiej. No i galopujem sobie nawet sentymentalnie, bo i koło liceum pana policjanta, a potem skręcamy sobie koło kościoła romańskiego (czyżby wycieczka histeryczna?). Nie ma czasu na podziwianie zabytków, bo skomplikowane rondo, ufff udało się wyjść obu naszym delikwentom z życiem (dziękujemy kierowcom!). Pan policjant przypomniał sobie z jakiegoś filmu sensacyjnego, że trza śledzić podejrzanego (założyć mu nomen omen ogon) po drugiej stronie ulicy. No ale psisko widocznie też znało te łapsowe chwyty, bo czujnie wypatrzyło gliniarza i po drugiej stronie. Na wyraźne polecenie telefoniczne tymczasowej właścicielki trochę z żalem, trochę z ulgą odstąpiłem od pościgu. W pobliskim warzywniaku błysnąłem legitką i zostawiłem adres gdzie psa mają odprowadzić, gdyby się przybłąkał i pojechałem zmienić służbową koszulę bo pot ciekł mi … tam gdzie nie powinien. A pociąg powrotny do domu miałem za jakieś trzy kwadranse. No i po jakichś 20 minutach  godzinie miła niespodzianka –  uciekinier sam zameldował się pod bramą domu. Nie zrealizowałem mojej wcześniejszej groźby, że przerobię go na karmę dla psów. Trochę miał dziwny wyraz pyska, czyżby się lekko uśmiechał? Nie dał się pogłaskać, rozumiem jego stres, może następnym razem przy jakiejś kiełbasie spróbujemy się zakumplować…

 

Urok starych papierzysk (albo o czym każdy chłopiec wiedzieć powinien)

Skoro pozwany, będący kawalerem, odwiedzał niezamężną powódkę – jak to zostało wykazane w toku postępowania dowodowego – trzy, cztery razy w tygodniu, najczęściej w godzinach wieczornych, opuszczając jej mieszkanie dość późno, to Sąd Rejonowy słusznie doszedł do wniosku, kierując się w tym zakresie metodą domniemania faktycznego z art. 231 kpc, iż ich znajomość nie ograniczała się do kontaktów wyłącznie towarzyskich, lecz była ona bliższa i połączona z utrzymywaniem kontaktów intymnych, choć żadna z przesłuchiwanych stron nie była bezpośrednim świadkiem obcowania cielesnego stron.

Brunhilda (czy Krymhilda?)

Na targu staroci trochę rzeczy różnych a różniastych, np. szachy ładne, ale z brakującymi figurami albo kurtka wojskowa o pięć numerów za mała na mnie, dla zdesperowanych  łiskacz Jim Beam (którego strach kupować od ciemnolicych dżentelmenów, bo jak pamiętam parę tygodni temu z tego samego stolika bimber sprzedawali – z nalewaniem do własnego naczynia i wyborem smaku, a jakże). W każdym bądź razie klimat miejsca interesujący wielce. Najciekawsze czytadło, które nabyłem, to „Wakacje z duchami” Adama Bahdaja, wydanie z 1971 roku. Właściciel na pytanie o cenę ożywił się i uśmiechnięty zażyczył sobie 4 zeta dodając, że to nasza młodość. –„A wie pan, że tej książki nigdy nie czytałem, bo nie mogłem się dopchać do niej w bibliotece, bo zawsze była w czytaniu”. No i teraz leniwie czytam o przygodach Paragona i spółki, rysunki Butenki dodają klimatu i jak przez mgłę przypominam sobie Brunhildę…