Z pamiętnika rowerzysty LXXXV

Wczoraj czy przedwczoraj przejechałem dopiero 1000 kilometr w tym roku (co konstatuję z pewnym wstydem bo, zwykle było o tej porze ze dwa razy więcej wykręconych)… Praca tego nie tłumaczy… Dziadostwo…

Reklamy

Książki przeczytane (II kwartał 2018 r.)

C. Łazarewicz: Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej (b. dobra!)
M. Ziembiński: W szachowym antykwariacie
S. Gawlikowski: Bobby Fischer. Obsesje geniusza (niesamowity facet, właściwie sam przełamał hegemonię Rosjan w szachach, choć cena była duża – jak blisko od bycia genialnym do choroby…)
J. Żukowska: Teufel
A. J. Cronin: Doktor Robert Shannon
K. Follett: Filary Ziemi
Ks. J. Twardowski: Niecodziennik
S. Tzu, S. Pin: Sztuka wojny
B. Engelking: Jest taki piękny słoneczny dzień… Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej 1942-1945 (niesamowita książka, polecam!)
F. Forsyth: Ikona
B. Haig: Tajna sankcja
F. Forsyth: Negocjator
W. Mann: Rockmann czyli jak nie zostałem saksofonistą
S. Witkowski: Ksawery Tartakower
J. Leociak: Młyny boże. Zapiski o Kościele i Zagładzie
Sędzia gorszego sortu. Andrzej Rzepliński w rozmowie z Janem Osieckim
A. J. Rojzman: 444 srażjonnych korolja (bez obrony francuskiej bo nie lubię małpy jednej)
O. Pamuk: Stambuł: Wspomnienia i miasto
J. Grabowski: Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu
H. Grynberg, J. Kostański: Szmuglerzy (warszawskie getto, dobre wspomnienia)
R. Keeen: How to Beat Gary Kasparov (39 przegranych przez Kasparowa partii w latach 1981-90, 14 było takich fighterów)
E. Mendoza: Przygoda fryzjera damskiego
St.J. Lec: Myśli nieuczesane
J. Krakauer: Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim (b. dobre, koniecznie przeczytajcie)
A. Fiedler: Zdobywamy Amazonkę

Zapiski schizofrenika CXXXI

Człapiąc  do roboty (rower zostawiony ze względów religijnych w piwnicy) zauważam na parapecie sklepu plastikową przezroczystą teczuszkę. No, ciekawe, ciekawe …. Potwierdzenie nabycia spadku, dwa akty skrócone z USC (jeden śmierci, drugi urodzenia), sporo danych z datami, PESEL-ami, adresu tylko brak (no jest nieboszczyka, ale jemu tego nie odeślę). Dzwonię do kancelarii co to wystawiła, a tak, pracują przed dziewiątą. Mówię co i jak, staram się być sucho-rzeczowy, żeby nie wyjść na porannego wariata, bo z lekka sam się zastanawiam schizofrenicznie czy ktoś mnie nie wkręca w coś niecnego, albo chociaż w jakiś program typu ‚ukryta kamera’. „Nie nie, rozumiemy, że dziś do tej godziny, nie chcemy pana fatygować” (mówię, że mogę im odwieźć, tylko w poniedziałek rano, bo dziś zajętym). Po półtorej godzinie przychodzi ktoś z kancelarii, dziękuje, zabiera dokumenty. Żartuję o znaleźnym, odbiorczyni zgadza się, że znaleźne to nic, ale jakiś kredyt na dane z tych papierów można by wziąć (i nie rozwijajmy tej obosiecznej myśli).

Po południu, jak wracam z mszy pogrzebowej A., wchodzę do sklepu, koło którego toto znalazłem i mówię sprzedawczyni, że papiery i gdyby ktoś pytał to niech się zgłosi…. A tak, była klientka i pytała. Jak zgubiła? Czekała na zamówioną taksówkę, przycupnęła na parapecie, taksa przyjechała i odjechała z nią w środku, a dokumenty zostały na parapecie…

Socyologia (woła) nasza codzienna CXII

Dostał polecony do nadania, wsiadł na rower i pomknął (użycie tego słowa jest zdecydowaną licentia poetica, bo wlókł się chodnikiem pod prąd jednokierunkową Jasną) ku poczcie głównej. Tam mełł przekleństwa w duchu, bo cholera jedno okienko otwarte dla poleconych w środku dnia, a ludzi ze dwudziestu i idzie toto jak krew z nosa. Oczywiście i tak mogłoby być gorzej – bo co ma zrobić cudzoziemiec z tym swoim angielskim jak chce kupić znaczek i każdy ogania się od niego jak od natrętnej muchy (z powodu braku umiejętności sklecenia zdania w języku Szekspira tłumaczącego mu zawiłości systemu ‘numerkowego’). Z powodu roztargnienia nie zabrał właściwych kluczy do zamknięcia rowerowego i musiał wykukiwać przez drzwi na niezabezpieczony rower (na pocztę z rowerem wstęp surowo wzbroniony) zamiast gapić się na jakąś lafiryndę w ładnym staniku (i mocno prześwitującej bluzce). Ale jakaś pani stemplowaczka w okienku zabajerowana w temacie poleconego wyznała mu w sekrecie, że polecone przyjmują też „na paczkach”. No i upojon tym sukcesem wychodząc z poczty zadowolon wielce z siebie trafił na trzech wracających z szychty listonoszy wciągających po schodach wielkie i puste torby na kółkach (nie zazdrośćcie im emeryci tej wielkości, bo gdybyście je załadowali tysiącem kotletów to choćby przyszło tysiąc emerytów to nie uciągną, taki to ciężar!). No i jak to zwykle w życiu bywa wyszedł na idiotę(nie pierwszy raz), bo nie zastanawiając się wygłosił za listonoszami głośny cytat z Pan Tadeusza: „Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły!”. Wzrok jednego z listonoszy – bezcenny… Pedałował Jasną zastanawiając się czego oni w tych szkołach uczą, przecież o woła nie ma się co obrażać, już w Starym Testamencie stoi, że nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu…